Category Archives: Inne

Ukraińska zbrodnia 17 marca 1944 r. we wsi Staje

17 marca 1944 r. we wsi Staje pow. Rawa Ruska ukraińska banda zamordowała ponad 40 Polaków. Część polskich gospodarstw została spalona, a część rozebrana przez miejscową ludność ukraińską. Tylko dzięki oddziałowi AK pod dowództwem plut. Mireckiego, który wkroczył do wsi w obronie Polaków, nie doszło do zamordowania większej liczby osób.

Aleksander Kijanowski:

„17 marca 1944 roku liczna grupa wyrostków ukraińskich, w wieku od 15 do 18 lat napadła na polskie zagrody i wymordowała wszystkich napotkanych Polaków.

Zginęli wtedy:

– Katarzyna Dziuroń (92 lata) – zatłuczona kołkami w łóżku;

– Józef Dziuroń (85 lat) – zakłuty nożami w łóżku;

– Jan Dziuroń, syn Katarzyny (70 lat) – zakłuty nożami;

– Helena Białoskórska (88 lat);

– Paweł Legażyński (70 lat) – zastrzelony na podwórzu;

– Anna Górnicka (65 lat) – zamordowana, a zwłoki wrzucono do studni;

– Maria Legażyńska (20 lat) – wyprowadzona z domu, zgwałcona przez kilku napastników, następnie zamordowana, a zwłoki położone zostały pod stodołą;

– Anna Legażyńska (70 lat) – została uduszona, a zwłoki wrzucono do piwnicy;

– Aleksander Niżyk (85 lat) i jego żona Katarzyna (65 lat) – zostali zamordowani w domu, a zwłoki wywieziono pod lasek i tam zakopano;

– Józef Muzyczka (30 lat) – został zastrzelony w mieszkaniu;

– Agnieszka Malinowska (35 lat) – została uprowadzona na pole, tam zastrzelona i zakopana;

– Mikołaj Seneta (80 lat) obłożnie chory – został zatłuczony kijami w łóżku;

– Antoni Seneta (85 lat) – został zakłuty nożami w łóżku.

/…/ Pod koniec marca grupa miejscowych Ukraińców spaliła drewniany kościół w Stajach”.

Ukraińska zbrodnia 17 marca 1944 r. we wsi Oszczów

17 marca 1944 r. we wsi Oszczów pow. Hrubieszów Ukraińcy z sotni Iwana Sycz-Sajenki „Jahody” zamordowali 16 Polaków zwołując ich na tzw. „zebranie pojednawcze” w Domu Ludowym. Zapoczątkowało to polsko-ukraińskie starcia w tej miejscowości, które trwały do 19 marca, w ich wyniku zginęło następnych 23 Polaków.

Przebieg zdarzenia:

Sołtys Oszczowa, Ukrainiec o nazwisku Jurczak, zwołał zebranie mieszkańców wsi w Domu Ludowym, rzekomo w celu omówienia zasad prawidłowego współżycia ludności polskiej i ukraińskiej oraz zapobieżenia walkom. Przybyli Polacy i Ukraińcy. W tym czasie nadjechała sotnia UPA, dowodzona przez Iwana Sycz-Sajenkę, ps. „Jahoda” i otoczyła budynek, w którym zgromadzili się ludzie. Ukraińców wypuszczono, natomiast Polaków zamordowano.

Zginęli wówczas:

August Baryluk, Jan Białoskórski, Michał Diaczuk, Katarzyna Grabczuk, Jan Hyjek, Władysław Jóźwiak, Józef Kupiec, Piotr Lizak, Marian Pachołek, Michał Pakulak, Stanisław Pasierb,

Franciszek Steciuk, Piotr Swatowski oraz jedna osoba NN.

Pod zwałami trupów ocaleli jedynie Jan Steciuk i mężczyzna o nazwisku Chrzanowski. Na odgłos strzałów ksiądz pobiegł do kościoła i zaczął bić w dzwony na alarm. Sotnia „Jahody” odjechała.

Następnego dnia Ukraińcy ponownie napadli na Oszczów i w bestialski sposób zamordowali następujące osoby:

Pawła Baryluka, Salomeę Baryluk, Józefę Białoskórską, Kazimierę Białoskórską, Leokadię Bohun, Piotra Bohuna, Rozalię Bohun, Józefę Brzostowską, Marią Cybuchowską, Genowefę Demczuk, Ludwikę Dziubka, Ludwika Jasińskiego, Leona Jóźwiaka, Stanisława Kondraciuka, Genowefę Kowalczuk, Katarzynę Kowalczuk, Henryka Lewickiego, Leonię Podgórską, Pelagię Podgórską, Karoliną Serafińczuk, Andrzeja Steciuka, Emilię Steciuk, Kazimierza Szczepańskiego.

Łącznie w 1944 r. w Oszczowie zginęło 56 Polaków, natomiast w innych miejscowościach województwa lubelskiego – 117 osób. Listę nazwisk ofiar zbrodni ludobójstwa opracował Antoni Walentyn na podstawie relacji świadka – Władysława Zielińskiego, mieszkańca Oszczowa. Wykaz ofiar podaje również książka „Łuny nad Huczwą i Bugiem, walki oddziałów AK i BCh w obwodzie hrubieszowskim”, autorstwa W. Jaroszyńskiego i innych.

Po tej ostatniej zbrodniczej akcji pozostała przy życiu polska ludność została zmuszona do ucieczki, do pobliskiej wsi Horysze. Ich zagrody natychmiast zostały ograbione przez Ukraińców, a w większości zniszczone i spalone.

Ukraińska zbrodnia z 17 na 18 marca 1944 r. we wsi Tarnoszyn

Nocą z 17 na 18 marca 1944 r., Ukraińcy dokonali okrutnej rzezi we wsi Tarnoszyn w pow. Rawa Ruska (Tomaszów Lubelski).

17 marca 1944 roku w Tarnoszynie i okolicach było niespokojnie. Polacy spodziewali się ataku. Do wsi docierały informacje, że UPA będzie kontynuować ofensywę, aby opanować teren pomiędzy Bugiem a Huczwą. O planowanej akcji nieliczni sąsiedzi Ukraińcy uprzedzali Polaków. W nocy Tarnoszyn oraz okoliczne wsie: Dyniska, Ulhówek i Żabcze zostały zaatakowane przez sotnię UPA „Jahody” Iwana Sycz-Sajenki oraz policję ukraińską.

Zbrodniczy atak na Tarnoszyn zaplanowano podczas narady dowódców trzech sotni UPA, która odbyła się w obecności dwóch księży na parafii kościoła greckokatolickiego w Karowie w pobliżu Uhnowa 12 marca 1944 roku pod przewodnictwem Mirosława Onyszkiewicza. Ustalono, że atak nastąpi wieczorem 17 marca 1944 roku. UPA miała za zadanie wymordować wszystkich mieszkających w Tarnoszynie Polaków. Sotnie w sile 400 osób okrążyły Tarnoszyn i kiedy jego mieszkańcy kładli się spać, przeprowadzono atak, który był bestialskim morderstwem niewinnych i niczego niespodziewających się ludzi. Brutalnie zamordowano 125 osób, a ich zabudowania spalono.

Wspomnienia ocalałego Czesława Buczkowskiego:

„W dniu 18 marca 1944 r, pododdziały zbrojne UPA – sotnie „Horomenki” i „Jastruba”, wsparte 1 czotą ze wsi Ulhówek, dokonały pacyfikacji mojej rodzinnej, spokojnej i bezbronnej, wsi – Tarnoszyn, gm. Tarnoszyn, pow. Rawa Ruska, woj. Lwowskie (obecnie: pow. Tomaszów Lubelski). „Banderowcy” w tę noc, zamordowali 51 mieszkańców Tarnoszyna i 10 mieszkańców sąsiedniego Ulhówka; łącznie: 61 osób, w tym 16 dzieci. Ogółem, w latach 1944-45 bandy UPA zamordowały 125 mieszkańców Tarnoszyna i najbliższych wsi. Rzezi tej dokonywano w sposób okrutny. „Banderowcy” spalili też, w samym Tarnoszynie – 98 budynków mieszkalnych wraz z zabudowaniami gospodarczymi; dokonali również masowej grabieży mienia. Grabież ta odbywała się w dłuższym przedziale czasu, gdyż wieś opustoszała. Ci co przeżyli, uciekali w różne regiony Polski. Nasza rodzina ocalała, dzięki pomocy sąsiadów – Ukraińców. Mieszkaliśmy na kolonii; sąsiad-Ukrainiec ostrzegł nas, co pozwoliło naszej, pięcioosobowej rodzinie ukryć się- najpierw w schronie, później na wsi i uniknąć rzezi – wcześniej, gdy „banderowcy” mordowali mieszkańców kolonii, a 18 marca – moją Mamę, dwie siostry i mnie, przechowała w piwnicy swego domu, w Tarnoszynie, Ukrainka, zaś Ojcu – udało się uciec, do pobliskiego lasu. Po pacyfikacji, Rodzina nasza uciekała – etapami, do Puszczy Solskiej; na „uciekinierce”, przebywaliśmy do 1947r. Po powrocie okazało się, że z zabudowań naszych pozostały zgliszcza…”.

Marian Kargol:

„Nocą z 17 na 18 marca 1944 r. dokonano napadu na Tarnoszyn. Pamiętam, że noc była niezbyt ciemna. Trzymał mróz, na ziemi leżała gruba warstwa świeżego śniegu. Około godziny 23.30 Bolek Knotalski, Dziunek Łąkowski i ja byliśmy na podwórzu zabudowań rodziny Domańskich – właśnie kończyliśmy nocny obchód. Takie dyżury organizowane były u nas od dawna, a rodzice często pozwalali nastolatkom brać w nich udział. Mieliśmy już iść do domów, gdy od strony Szczepiatyna poszybowała w niebo czerwona rakieta, a po niej druga z przeciwległego końca wsi. Był to sygnał do rozpoczęcia ataku. Ponieważ do najbliższych zabudowań wsi było nie więcej niż 600-1000 m, wszystko widzieliśmy wyraźnie, tym bardziej że większość zabudowań od razu stanęła w płomieniach. Słyszeliśmy detonacje wrzucanych do zabudowań granatów, a także liczne strzały – zarówno pojedyncze, jak i seryjne. Nasilał się lament ludzi, krzyk dzieci i kobiet.

Niewyobrażalny zgiełk potęgował ryk i pisk przerażonych zwierząt. Widać było, jak zdesperowani ludzie wyskakiwali – najczęściej w samej bieliźnie – z płonących domów i bezradnie miotali się wokół nich, a następnie ginęli od kul bandytów. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać w pole w kierunku Turyny, ale tuż za wsią czekali na nich zaczajeni bandyci. Strzelali do ludzi jak do kaczek, ponieważ na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni. Wielu napastników poruszało się konno. Objeżdżali opłotki wsi i zabijali każdego, kogo napotkali. Staliśmy z kolegami jak sparaliżowani przez jakieś pół godziny, a następnie pobiegliśmy do swoich domów, aby z rodzicami uciec stamtąd jak najdalej.

Bilans tego ataku był straszny. Zamordowano 125 osób, w tym 20 dzieci do lat 15 i 45 kobiet. Spalono prawie wszystkie polskie domy. Ustalono później, że banda UPA liczyła ok. 1,5 tys. osób. Dowodził nią Mirosław Onyszkiewicz, który niedługo potem został jednym z głównych dowódców UPA. W napadzie brała też udział grupa bandziorów z sąsiedniego Ulhówka, a także inni, np. Iwan Maslij – ówczesny komendant milicji ukraińskiej w Szczepiatynie. Miałem wtedy prawie 14 lat i pamiętam tę zbrodnię doskonale. Szczegółowy jej opis, a także listę ofiar przekazałem do IPN w Warszawie, oczywiście bez odzewu.

Po tej napaści Ukraińcy nie dali Polakom z Tarnoszyna spokoju. Od 8 kwietnia polowano na powracających ocalałych mieszkańców i zamordowano następnych 20 osób. Spalono także ominięty poprzednio kościół. Ogółem w Tarnoszynie ofiarą ukraińskich bandytów padło 145 osób”.

Ukraińska zbrodnia marcu 1944 r. we wsi Gołogóry – Lusia Szczerska

W połowie marca 1944 roku w miasteczku Gołogóry pow. Złoczów ukraińscy banderowcy złapali młodą nauczycielkę, łączniczkę AK Lusię Szczerską, która zbierała pieniądze na wykupienie z więzienia we Lwowie księdza Antoniego Kamińskiego, aresztowanego po fałszywym zarzucie przez policje ukraińską.

„W naszej wsi banderowcy, w połowie marca tego roku, zamordowali nauczycielkę – Szczerską. Była to młoda osoba. Została ona przywiązana drutem do drzewa, rozebrano ją do naga, miała wydłubane oczy, obcięty język, oskalpowaną głowę, ze skórą zawiniętą do tyłu, odcięto jej też piersi, a zdarte kawałki skóry z całego ciała położono na ziemi, przed wiszącym ciałem.”

Komański Henryk, Siekierka Szczepan
„Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946”


Ukraińska zbrodnia 15 marca 1943 r. we wsi Czudwy

15 marca 1943 we wsi Czudwy pow. Kostopol Ukraińcy zamordowali 6 Polaków, w tym – małe dziecko, któremu rozbili głowę uderzając o ścianę.

Relacja Grzegorza Naumowicza:

„Znany mnie był Dąbrowski Stanisław, mieszkał – wieś Czudwy nad rzeką Horyniem gm. Deraźne. W tejże wsi były 2 rodziny polskie, a około 90 rodzin ukraińskich. Upewniali Dąbrowskiego, że w ich wsi nikomu włos z głowy nie spadnie. Pewnego dnia Dąbrowski poszedł do młyna, też do Polaka o nazwisku Brocik Franciszek. Żona i córka Lodzia – cała rodzina Brocików wymordowana przez bulbowców. Dąbrowski z młyna przyniósł mąkę, bo jego żona miała piec chleb. Gdy Dąbrowska miała miesić chleb, oddała dziecko mężowi. Dąbrowska Maria zauważyła grupę bulbowców. Wchodzą do mieszkania i pytają, gdzie on chodził. Odpowiedział, że chodził do młyna zemleć żyto na mąkę. Wtem wyrwano jemu dziecko z ręki. Rzucili o ścianę. Dąbrowska zaczęła płakać. Uderzył ją Ukrainiec. Wyprowadzili Dąbrowskiego na podwórko, skrępowali ręce drutem. Dąbrowska zobaczyła, że dziecko nie żyje, męża mordują, ucieka przez okno. Koło domu niedaleko było bagno, trzęsawisko. Zaczęli strzelać za nią. Ona upadła. Bulbowcy myśleli, że ją trafili. Ona pół dnia przeleżała w tym mokradle do zmroku. Podczas ciemności 4 kilometry przyszła do swoich rodziców do kolonii Borówka, i to opowiedziała. Było to w miesiącu marcu. Byłem i ja w ten dzień w Borówce, jak się o tym dowiedziałem. Z Borówki wyjeżdżał Romaniuk Antoni z całą rodziną. Gdy minął kolonię, dojeżdżając do lasu, całą rodzinę rozstrzelano”.

Ukraińska zbrodnia w nocy z 13 na 14 marca 1944 r. we wsi Bobulińce

W nocy z 13 na 14 marca 1944 r. Ukraińcy napadli na wieś Bobulińce w powiecie buczackim. Zamordowali około 40 Polaków, w większości kobiety i dzieci.

Wiele osób ostrzegł ks. Józef Suszyński krzykiem ze strychu plebani, zanim zginął od serii z automatu. Ukraińscy oprawcy mordowali za pomocą siekier, noży, bagnetów itp., stosowali tortury, rozpruwali brzuchy, udusili niemowlę w kołysce.

Stanisław Kubasiewicz: Wspomnienia:

„Śmierć ks. Suszczyńskiego została opisana przez ks. Anczarskiego. Dodam jedynie pewien szczegół. Ksiądz zaopatrzył swój dom w okiennice i barykadując drzwi, ukrywał się wraz z matką na strychu. W czasie napadu, otworzył okienko strychowe w facjacie wołając o pomoc i ostrzegając przed dokonującym się napadem mieszkańców wsi. Został zauważony i trafiony w czoło, serią z automatu. Od okienka w facjacie popłynęła po bielonej wapnem ścianie równiutka wstążka krwi. Ukrywająca się wraz synem 80-letnia matka księdza, ocalała. Na pogrzebie ofiar tego mordu nie byłem. Chyba nikt z mężczyzn z Petlikowiec tam nie poszedł. Natomiast na pogrzebie była przybrana matka mojej żony, żyjąca do dziś i pamiętająca dobrze szczegóły i atmosferę tego pogrzebu, więc w niniejszych wspomnieniach opieram się na jej relacji.

W pogrzebie uczestniczyło dwóch księży, z Buczacza i Petlikowiec. Niestety nie pamiętamy ich nazwisk. Ofiary mordu pochowano po krótkim nabożeństwie w kościele, we wspólnej podłużnej mogile na cmentarzu. Inni świadkowie temu zaprzeczają, twierdząc, że pochowano ich na placu przykościelnym. Ja natomiast nie widzę powodu nie wierzyć relacji żyjącego naocznego świadka. Ksiądz został pochowany w zbitej naprędce z desek trumnie, pomalowanej rozpuszczoną w mleku sadzą. Pozostałych chowano, w czym tylko było można. Kobietę, którą zamordowano siedzącą na stołku, pod którym schroniła swoje ocalałe niemowlę, pochowano w tej zastygłej siedzącej pozycji, w skrzyni na zboże.

Następny szczegół z tej relacji to właśnie owa czerwona wstęga krwi na białej ścianie. Była ona dla miejscowych Ukraińców bardzo rażąca, więc wkrótce którejś nocy przed wkroczeniem wojsk radzieckich, została zdrapana”.

Ocaleli ci Polacy, którzy ukryli się u sąsiadów – Ukraińców, co odnotowano w Kresowej księdze sprawiedliwych Instytutu Pamięci Narodowej.

Ukraińska zbrodnia 13 marca 1944 roku – wikariusz Bartłomiej Czosnek

13 marca 1944 roku ukraińscy mordercy zakatowali wikariusza parafii, klasztoru w Bołszowcach w obwodzie iwanofrankowskim Bartłomieja Czosnka.

Urodził się 25 grudnia 1911 roku we wsi Bielcza, powiat Brzesko. 13 Listopada 1942r. roku został wysłany do klasztoru w Bołoszowcach, gdzie pełnił funkcję wikariusza parafii. W czasie prześladowań ze strony nacjonalistów ukraińskich zorganizował ucieczkę miejscowej ludności polskiej do Stanisławowa, a sam pozostał w klasztorze w Bołoszowcach, aby strzec kościoła i ołtarza przed profanacją. Na nim skupiła się cała wściekłość Ukraińców, którzy uprowadzili go w biały dzień zadając mu okrutne męki. Został zamordowany 13 marca 1944 roku na cmentarzu położonym obok kościoła, którego strzegł. Polski karmelitanin został ogłoszony męczennikiem kościoła katolickiego.

Ukraińska zbrodnia 12 marca 1944 r. w Palikrowach w powiecie Brody

12 marca 1944 r. Ukraińcy zamordowali 365 Polaków w Palikrowach w powiecie Brody.

„Mojego kolegę, prawdziwego Polaka – Piotra Bieguszewskiego męczyli i chcieli go zmusić, by wydał nazwiska dowodzących obroną wsi. Wycieli mu orła na piersiach, potem obcięli uszy i język. Na koniec zawleczono go do stodoły Dajczaków i tam go spalono.” – fragm. relacji Kazimierza Wilczyńskiego o niemiecko-ukraińskim mordzie dokonanym na 365 Polakach w Palikrowach, powiat Brody 12 marca 1944 r.

Wspomnienia Kazimierza Wilczyńskiego:

” W niedzielę 12 marca 1944 r. rano rozpoczęła się obława esesmanów ubranych w białe maskownice nakładane na mundury. „Pytam jednego z sąsiadów, co się dzieje, a on – banderowcy robią łapankę”. W pierwszej kolejności napadli 2 domy na Kolonach oddalonych o 500 m od Palikrowów. „Jeden z Ukraińców chodził tam do swojej dziewczyny. Nic nie pomogło. Starego, starą, babkę i trzy córki zabili, jedną osobę wrzucili do studni, a zabudowania puścili z dymem. Mojego kolegę, prawdziwego Polaka – Piotra Bieguszewskiego męczyli i chcieli go zmusić, by wydał nazwiska dowodzących obroną wsi. Wycieli mu orła na piersiach, potem obcięli uszy i język. Na koniec zawleczono go do stodoły Dajczaków i tam go spalono. Nim jednak go okaleczono i spalono wołał – Ukrainy tu nie było i nie będzie. Polska była Polska będzie. Pracował w sklepie, był krawcem i należał do TSL”. W Palikrowach ludzie uciekali pomiędzy płonącymi domami i chowali się gdzie mogli. Kilka osób uratowało się dzięki robionym wykopom w szopach i stajniach. Inni próbując uciekać do lasu, byli na miejscu rozstrzeliwani (…) Część rodziny z matką uciekła z domu i schowała się wraz z 12 osobami u sąsiada w piwniczce pod drewutnią. Ja schowałem się za drewutnią obok leżących bron. Widzieliśmy, jak na podwórze weszło 10-12 banderowców. Między nimi był kolega mojego ojca – Pasieka. Dzięki niemu mój ojciec mógł się schować w szopie, a resztę banderowcy zabrali za wieś. Większość palikrowian została złapana i wywleczona na pobliską łąkę, gdzie pododdział ukraiński SS „Galizien” przygotował do strzału karabiny maszynowe. Najpierw dokonano przeglądu dokumentów. Następnie: Janka Kobiakowska, Maryna Dyszluk, Ukrainiec Kutniak i kilka innych Ukrainek podczas selekcji wskazywało, kto jest Polakiem i miał przejść na bok. Następnie Ukraińców wypuszczono, a Polaków rozstrzelano. Rannych dobijano pojedynczymi strzałami z pistoletu (…) Mój kuzyn – Franek Piątkowski, który miał 12 lat wpadł do zimnej rzeki i schował się pod wikliny. Opowiadał, że widział jak banderowcy mordowali, okradali zwłoki, a tych, którzy jeszcze dychali dobijali. Dopiero wieczorem, zmarznięty i pół przytomny doczołgał się do stodoły Tereszków. Po jakimś czasie ludzie znaleźli go i się nim zaopiekowali”.

Ukraińska zbrodnia 12 marca 1944 r. we wsi Majdan

12 marca 1944 r. we wsi Majdan pow. Kopyczyńce Ukraińcy zamordowali wg IPN około 100 Polaków, spalili kilkanaście gospodarstw oraz uprowadzili 24-letnią dziewczynę, która zaginęła.

Dionizy Polański:

„Miałem wtedy 14 lat. Grupa uzbrojonych banderowców dokonała pacyfikacji polskich zagród połączonej z ich paleniem i mordowaniem polskich mieszkańców. Część z nich w maskujących ubiorach (okryta białymi prześcieradłami) otoczyła wieś i polowała na uciekających ze wsi, strzelając do nich często przy użyciu kul Dum-Dum (rozrywające się przy wylocie z ciała). Druga grupa szła tyralierą wyłapując napotkanych mieszkańców i mordując ich, trzecia grupa rabowała dobytek i podpalała wybrane budynki. Cała akcja trwała od godziny 21 do 5 rano.

/…/ Babcia gdzieś się oddaliła. Do naszego domu przybiegła Marta Bandura lat 38, będąca w ciąży. To też zadecydowało, że zrezygnowaliśmy z ucieczki i postanowiliśmy się schronić w obrębie naszych zabudowań. Ja wpadłem do stajni, była ona kryta dachówką, a więc dawała pewne gwarancje, że nie ulegnie szybkiemu podpaleniu. Wypędziłem ze stajni krowę, ale sam nie mogłem się zdecydować gdzie ukryć się. Mama dała mi pierzynę, byłem ciepło ubrany i kazała ukryć się w jamie po ziemniakach. Otwór przywaliła dużym klocem drzewa. Sama natomiast z Martą Bandurą ukryły się w stodole i przez szpary w deskach obserwowały co się dzieje na dworze. Nasza stodoła była również pokryta dachówką. W pewnej chwili usłyszałem i poczułem jak ktoś wszedł na jamę gdzie byłem ukryty i strzelił. Po pewnej chwili poczułem silny swąd dymu, który wciskał się do jamy, to paliła się słoma, którą zatkany był otwór do jamy. Następnie poczułem silny żar ognia. Spojrzałem przez otwór. To palił się nasz dom kryty słomą. Strach sparaliżował moje ruchy, siedziałem ukryty w kącie jamy i słyszałem kroki przechodzących obok drogą banderowców. Bałem się bardzo, aby nie wrzucono do mnie jakiegoś granatu. Od drogi było zaledwie 4 metry. Tak przetrwałem do świtu. Budynki już się dopaliły. W pewnym momencie usłyszałem głos mamy i jej nawoływania. Była przekonana, że już nie żyję. Wtedy odezwałem się dając znak, że jestem w jamie. Nogi mi zupełnie skostniały tak, że ledwo z trudem wylazłem. Mama bardzo się ucieszyła. Po odejściu banderowców mama próbowała jeszcze ratować dobytek z palącego się domu. Udało się jej nawet wyciągnąć ze zgliszcz nieuszkodzona maszynę do szycia „Singer”. Zacząłem się rozglądać wokół, w sadzie zauważyłem zwłoki naszej sąsiadki Anny Dutki, lat 35, została zastrzelona podczas ucieczki i leżała z workiem rzeczy osobistych. Wkrótce pojawiła się moja babcia i opowiedziała o swoich przeżyciach. Zamierzała dostać się do kościoła, ale w sadach wokół byli już banderowcy i strzelali do wszystkich, kto szedł w stronę kościoła. W tej sytuacji ukryła się w najbliższej kupie chrustu i tak przetrwała do rana. Po wysłuchaniu relacji babci postanowiliśmy udać się do mieszkań naszych krewnych. Najpierw wstąpiliśmy do domu wujka Michała Krzywego. Zastaliśmy go rannego leżącego na bambetlu. Otrzymał trzy postrzały, bardzo krwawił, był w agonii. Przy nim modliła się siostra zakonna, która stwierdziła, że wujek jest umierający. Bardzo cierpiał, po 20 godzinach zmarł. Jego żona i dzieci ocalały. Następnie udaliśmy się do wujka Mikołaja Krzywego. Nie zastaliśmy tam nikogo. Później dowiedzieliśmy się, że wujek z rodzina zbiegł do lasu, następnie do Jabłonowa, a potem do Kopyczyniec. Po drodze wstąpił do Jabłonowa, do niemieckiej Komendantury Wojskowej i tam złożył informację o napadzie banderowców na wieś Majdan. Tłumaczem był Ukrainiec, który przetłumaczył odwrotnie, że to Polacy napadli na Ukraińców i tam jest ruska partyzantka. Niemiec podejrzliwie popatrzył na wujka i powiedział by to zgłosił w Kopyczyńcach. Tak więc o żadnej pomocy z ich strony nie mogło być mowy”.

Eugeniusz Szewczuk:

„Wieczorem około godziny 21.00 podpalili zabudowania położone na skraju Majdanu. Chałupy szybko zaczęły się palić, bo dachy były słomiane. Po jakimś czasie nasz dom też zajęły płomienie. Ojciec chodził do studni po wodę i polewał strych, gdzie trzymaliśmy plewy. Na podłodze ułożone były w grubą warstwę i częściowo chroniły belki przed spaleniem. Niestety nie wszystko udało się uratować. Rezuni we wsi strzelali do przerażonych ludzi, którzy uciekali w popłochu. Niektórym udało się uciec z okrążenia i schronić w pobliskim lesie. Nasza rodzina schowała się do piwnicy zrobionej pod schodami spichlerza. Razem z nami ukrywała się ukraińska rodzina Wolańskich, której syn chodził w zaloty do mojej młodszej siostry Hani. W tym dniu banderowcy zabili wielu Polaków, naszych sąsiadów i bliskich. Wśród nich byli m.in. Pukowie, Mielnikowie, Szymańscy, Nawroccy, Milimąkowie, Żywinowie, Dutkowie, Bandurowie. Nasze domy zostały ograbione, a kilkanaście z nich spalono. Ci, którzy ocaleli znaleźli schronienie w Kopyczyńcach u znajomych, rodziny i dobrych ludzi. Do Majdanu powróciliśmy dopiero jak front się przesunął i Rosjanie weszli do wioski”.

IPN Wrocław S 26/02/Zi – śledztwo w sprawie dopuszczenia się przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1939–1945 na terenie dawnego pow. Kopyczyńce, woj. tarnopolskie, zbrodni ludobójstwa na obywatelach polskich w celu wyniszczenia w części polskiej grupy narodowej:

„/…/ Z ustaleń śledztwa wynika, iż napastnicy, atakując poszczególne miejscowości, działali w sposób planowy, byli dobrze zorganizowani, a ich celem było wyniszczenie ludności narodowości polskiej głównie przez dokonywanie zabójstw. Przykładem takiej akcji był dwukrotny atak nacjonalistów ukraińskich na polskich mieszkańców wsi Majdan, pow. Kopyczyńce. W nocy 12 marca 1944 r. zamaskowani i odziani – w celu lepszej identyfikacji – w białe stroje napastnicy zaatakowali Majdan z czterech stron. Zastrzelono lub spalono żywcem ok. 100 Polaków, rabując ich dobytek i paląc większość posesji. Kolejny nocny napad miał miejsce 27 stycznia 1945 r.”.

Sahryń – ukraińskie kłamstwa i manipulacje, a to co zdarzyło się naprawdę i dlaczego tak się stało.

10 marca 1944 r. polskie podziemie przeprowadziło akcje prewencyjne w zamieszkanych przez Ukraińców wsiach powiatu hrubieszowskiego mające na celu nie dopuszczenie do zaplanowanych ukraińskich ataków na ludność polską.

Połączone oddziały żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich dokonały ataku na wieś Sahryń w powiecie hrubieszowskim. Podstawowym celem tej akcji miał być posterunek Ukraińskiej Policji Pomocniczej, a także formacje Ukraińskiej Powstańczej Armii zgrupowane w innych okolicznych miejscowościach.

W 1943 roku Niemcy i Ukraińcy siłą wysiedlili z Sahrynia polską ludność, a na ich miejsce osadzono Ukraińców z powiatów: tomaszowskiego i zamojskiego. Z uwagi na silną placówkę UPA, Sahryń był kuszczem – ukraińską twierdzą, obejmującą m.in. stanice Sahryń, kol. Sahryń, Miętkie, Mołożów, Pasieki, Wronowice, Turkowice i kol. Brzeziny. Z Sahrynia i okolicznych stanic pododdziały USN i oddziały UPA dokonywały napadów na ludność polską i polskie oddziały partyzanckie, a także terroryzowały oporną ludność ukraińską.

Jerzy Markiewicz „Partyzancki kraj”:
„Na terenie kuszczu w Sahryniu znajdowalo się około 200 dobrze uzbrojonych członków UPA i Ukraińskiej Samoobrony Narodowej (USN) oraz 22 policjantów ukraińskich. Decyzja ataku na kuszcz sahryński została podjęta pod wpływem ustaleń wywiadu podziemia, który informował, że 16 marca 1944 r. dojdzie do napadu bojówek ukraińskich na polskie wioski. To było właśnie bezpośrednią przyczyną podjęcia wyprzedzających działań przez stronę polską. Akcja nie była wymierzona w ludność ukraińską, lecz w bazę UPA”.

Fragment rozdziału –UPA zaczyna mordować.

„W Steniatynie około Łaszczowa dowódcy AK i BCh przygotowali plan akcji. Zgodnie z nim ściągnięte oddziały tomaszowskie miały zaatakować kuszcze: sahryński, werbkowicki oraz uhrynowski. Oddziały hrubieszowskie miały przypuścić szturm na kuszcz szychowicki. Atak na oba kuszcze miał się rozpocząć 10 marca 1944 r. o godzinie 4 rano. Oddziały tomaszowskie AK po skoncentrowaniu w lesie Lipowiec liczyły około dwóch tysięcy żołnierzy. Podzielono je na dwa zgrupowania. Pierwsze, liczące tysiąc dwustu żołnierzy, znalazło się pod komendą por. Zenona Jachymka, oficera dywersji bojowej Komendy AK Obwodu Tomaszowskiego. Otrzymało ono zadanie uderzyć na Sahryń, a następnie zaatakować inne miejscowości wchodzące w skład kuszcza sahryńskiego. Drugie, słabsze zgrupowanie liczące 800 żołnierzy, miało działać pod rozkazami porucznika Eugeniusza Siomy pseudonim „Lech”. Otrzymało ono polecenie likwidacji kuszcza uhrynowskiego.

Jednocześnie do boju koncentrowało się trzecie ugrupowanie złożone z batalionu „Rysia” i batalionu AK „Wiktora”, czyli porucznika Stefana Kwaśniewskiego. Zgrupowaniem miał dowodzić Kwaśniewski, a miał on zaatakować Szychowice i Łasków.

W nocy z 9 na 10 marca 1944 r. porucznik Zenon Jachymek „Wiktor” podszedł ze swoim zgrupowaniem pod Sahryń. Po północy zajęło ono pozycje wyjściowe i o świcie na rozkaz dowódcy ruszyło do boju. Według wcześniejszego rozpoznania załoga Sahrynia liczyła około dwustu uzbrojonych członków UNS-UPA oraz 22 policjantów ukraińskich, siedzących w mu-rowanym dobrze ufortyfikowanym budynku. Ukraińcy przywitali AK-owców huraganowym ogniem i przez dwie godziny odpierali ataki. Wieś spłonęła całkowicie razem z cerkwią i kościołem. Dowódca operacji porucznik Zenon Jachymek „Wiktor” wspomina atak:

(…) przy trakcie, cerkwi i cmentarzu silna walka i to prawie huraganowy ogień. Kule lecą nadal przed nami, są naprawdę niebezpieczne. Konie trudno utrzymać. Nakazuję wyjechać z lasu 200 m od dołu. Zostawiam „Alego” – Jana Żenia z grupą 10 ludzi oraz dwóch konnych, a sam z resztą obwodu ciągnę w kierunku na cmentarz, gdzie wydaje mi się, że tam będzie najsilniejszy punkt oporu nieprzyjaciela. Już wieś pali się w kilku miejscach od amunicji zapalającej (…). A kule od strony Sahrynia lecą w naszym kierunku. Niektórzy znajdujący się przy mnie zaczynają się kłaść. Posuwają się krótkimi skokami. Przez krótką chwilę sam się kładę dla bezpieczeństwa. Niemądra ambicja bierze górę. Wstaję! Leżąc, niewiele zobaczę. A do tego 300-400 metrów. Zanim dosięgnęliśmy tyraliery, pluton „Orła” zajął cmentarz.

Ogień prowadzony przez nacjonalistów ukraińskich przybiera na sile. To SS i policja ukraińska z cerkwi sieją do nas ogniem. Ostrzeliwujemy cerkiew. Zatracam się jako dowódca i zamieniam w żołnierza jak inni. Najbliższe zadanie – złamać opór znajdujących się w cerkwi (…). Około godziny 10 Sahryń przestał istnieć. (…).

Śledztwo prowadzone przez IPN w sprawie wydarzeń w Sahryniu zostało w 2010 umorzone, a Instytut uznał, że nie były one zbrodnią. W 2013 śledztwo zostało wznowione. Dziś często mówi się o zbrodni w Sahryniu, ale czy atak wyprzedzający na pozycję zbrodniarzy planujących dalsze zbrodnie na polskich niemowlętach, kobietach i starcach jest zbrodnią? Dziś w czasach propagandy ukraińskiej, tuszowania i zakłamywania historii, a także silnego lobby ukraińskiego w Polsce często mówi się o ataku na morderców jako o zbrodni. W takich działaniach zawsze będą ofiary cywilne i tak samo było w tym przypadku. Przypomnijmy, że ta ludność wspierała zbrodniarzy ukraińskich, udzielała im nie tylko moralnego wsparcia, ale też np. pomagała przez dostarczanie żywności. Co Wy o tym myślicie?

Podsumowując – atak na Sahryń był formą obrony i nie doszłoby do niego gdyby Ukraińcy nie mordowali polskiej ludności i nie zaplanowali kolejnego ataku na polskie wioski na dzień 16 marca.