Category Archives: Inne

Ukraińska zbrodnia 25 marca 1943 r. w kolonii Tomaszów

25 marca 1943 r. Ukraińcy napadli na kolonię Tomaszów w powiecie kostopolskim. Zamordowanych zostało ponad 20 Polaków oraz 4-osobowa rodzina polsko-ukraińska.

Pani Janina Stefaniak poszukuje świadków tej zbrodni:

„Poszukuję świadka męczeńskiej śmierci Zdzisia Gawła lat 5. Ktoś go widział prowadzonego, uwiązanego za szyjkę za pomocą zaciskającej się pętli przez Ukraińców i podnoszonego w górę na tej pętli, gdy kaci prowadzący dziecko szli przez ukraińską wieś Postójne. Stały tam przy drodze gromady rozmawiających ze sobą ukraińskich ludzi. Wtedy prowadzący dziecko unosili koromysło do góry i dziecko zawisało w powietrzu machając rączkami i nóżkami, bo się dusiło. Ludzie ze zgrozą odwracali głowy nie chcąc na to patrzeć. A kaci byli ubawieni reakcją dziecka i przy następnej gromadzie ludzi powtarzali teatr. Kto widział finał tej nieludzkiej „zabawy”? Nie ustaliliśmy, w jaki sposób zginął jego starszy braciszek Julek. Domyślamy się tylko, że mógł zginąć w gospodarstwie Witoszki, sąsiada – Ukraińca, lub koło martwych rodziców ok. 25 marca 1943. Może ktoś widział ten mord? Furmanek Filip i córka jego Helena zamordowani na drodze do Równego w lipcu 1943. Jego żona Marianna została zamordowana 25. 03. 1943 w Tomaszowie. Snopek (młoda kobieta w wysokiej ciąży, jej imię nieznane), została spalona żywcem w stodole wraz z innymi Polakami w okolicach Janowej Doliny lub na Polanówce. data nieznana Rok 1943. O wymordowaniu Tomaszowa, wraz z wieloma nazwiskami opisane jest w książce Powroty na Wołyń Krzemionkowskiej Łowkis”.

Tego dnia rezuni napadli na większość wiosek i kolonii powiatu kostopolskiego:

W kol. Hipolitówka – w dwóch napadach zamordowali 21 Polaków, w tym matkę z dziećmi lat: 2, 4, 6, 8 i 10;

W kol. Jaminiec zamordowali kilka polskich rodzin, imiennie znanych jest 11 ofiar;

We wsi Japołoć zamordowali 5 Polaków: kobietę i 4-osobową rodzinę z dziećmi lat 8 i 13;

W kol. Michałówka zamordowali 6 Polaków: nauczycielkę z córką lat 16 i synem lat 19 (jej męża wcześniej rozstrzelali Niemcy), ojca nauczycielki oraz ukrywające się u niej dzieci osadnika: chłopca lat 12 i dziewczynkę lat 15;

W kol. Perełysianka, w bestialski sposób śmierć poniosło około 100 Polaków. Imiennie znane są 34 ofiary.

Nie przepuścili też kol. Debrzyca, Dolina Dąbrowa, Klin Stawiecki, Marianówka, Radomianka, Smolijów, Wereczówka, gdzie zamordowano Polaków, spalono polskie zagrody i zagrabiono majątki.

Ukraińska zbrodnia 24 marca 1944 r. w mieście Bełz

24 marca 1944 roku w mieście Bełz w powiecie sokalskim w dawnym województwie lwowskim oddział Ukraińców z UPA dokonał masakry 104 osób narodowości polskiej, wśród nich przynajmniej jedno dziecko.

Ukraińcy podeszli do Bełza od północy późnym wieczorem 24 marca 1944 roku Jako pierwsze uległy zniszczeniu drewniane domostwa na przedmieściach miasta. Przed północą dotarli do centrum Bełza, gdzie zastrzelili na rynku kilka osób.

Poza morderstwami cywilów, celem atakujących było także fizyczne zniszczenie ważnych dla Polaków zabytków kultury materialnej. Ograbiono, a później wysadzono w powietrze kościół klasztorny Wniebowzięcia NMP (potocznie kościół dominikański) z połowy XVI w., najstarszy kościół rzymskokatolicki w mieście, a także plebanię, w której do 1941 roku zasiadał zamordowany przez Niemców dziekan bełski Jakub Dymitrowski.

Najwięcej ofiar zginęło w podpalonym budynku urzędu gminy – następnego dnia miejscowi Polacy odnaleźli tam zwęglone szczątki 47 osób. Wśród zamordowanych w Bełzie znalazło się także 18 Polaków – uchodźców przed mordercami ukraińskimi z Wołynia. Łączna liczba ofiar sięgnęła 104. Nad ranem 25 marca oddziały UPA wycofały się z miasta. Mając świadomość, że Ukraińcy w tamtym okresie żywcem palili Polaków, że w urzędzie gminy spłonęło 47 osób nie sposób nie skojarzyć z wydarzeniem sprzed kilku lat (w 2014 roku) mającym miejsce w Odessie gdzie ukraińscy nacjonaliści zamknęli ludzi w budynku i żywcem spalili 46 osób. Tylko dlatego, ze sprzeciwiali się bandyckiemu zamachowi na oficjalne władze kraju. Pomimo upływu wielu lat nadal jest stosowany ten sam sposób mordowania. Oczywiście sprawców nie ujęto, bo i jak skoro sprawują władzę. Do dziś prawda o tym wydarzeniu jest fałszowana, winę zrzuca się na ofiary, które rzekomo rozpoczęły ataki. Skąd my to znamy … z ofiar robi się agresorów, a z agresorów bohaterów.

Wracając do 1944 roku, to poza głównym napadem z marca, zamordowanych zostało jeszcze dwóch mieszkańców Bełza, w pobliskim lesie w czasie wyjazdu po drewno.

Ukraińska zbrodnia 23 marca 1945 r. w powiecie Lubaczów.

23 marca 1945 r. Ukraińcy pod wodzą Iwana Szpontaka ps. Zalizniak, krwią Polaków „zdobywali” powiat Lubaczów.

Powiat lubaczowski mimo, że zamieszkały w połowie przez Polaków miał się stać częścią niepodległej Ukrainy. Według ukraińskich bojówkarzy nadszedł wreszcie czas by rozprawić się z polskimi patriotami. Mordów dokonywano w wyjątkowo okrutny sposób. Do Polaków zazwyczaj nie strzelano, uważano, że szkoda dla nich kul. Metody eksterminacji ludności polskiej to między innymi: odrąbanie głowy, cios twardym narzędziem, strzelanie w potylice leżącym ofiarom, zabijanie dzieci przez uderzenie głową o ścianę, uśmiercanie przez zarąbanie, rozpruwanie brzucha, przeżynanie piłą, wieszanie, palenie żywcem, topienie, rozrywanie ciała, duszenie.

W 1944-1947 na terenie powiatu lubaczowskiego z rąk OUN-UPA zginęło ponad 3500 osób, z czego dokładne okoliczności śmierci ustalono w przypadku 1621 ofiar. Działalność UPA została przerwana dopiero w 1947 roku w wyniku przeprowadzenia Operacji „Wisła”. Jaką niewiedzą lub głupotą dziś wykazują się niektóre osoby krytykujące Operację „Wisła”. Głupcy lub zdrajcy – ci najbardziej ją krytykują.

8 marca 1961 r. w Przemyślu skazany został na karę śmierci Iwan Szpontak – dowódca kurenia UPA i 27 Odcinka Taktycznego „Bastion”. Rada Państwa decyzją z 3 czerwca 1961 r. skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę śmierci na dożywotnie więzienie, po czym, 26 lutego 1970 r. – na 25 lat więzienia. Szpontak został zwolniony z więzienia 4 listopada 1981 r. i wyjechał do rodziny mieszkającej na Słowacji. Zmarł 14 kwietnia 1989 r. w Koszycach. Był prawdopodobnie ostatnim i najdłużej więzionym w Polsce krwawym dowódcą ukraińskich rezunów.

Dziś, taki Eugeniusz Misiło – historyk, dyrektor prywatnego centrum dokumentacji tzw. Fundacji Archiwum Ukraińskiego w Warszawie, były pracownik Polskiej Akademii Nauk, współpracownik Naukowego Towarzystwa im. Szewczenki w Nowym Jorku i we Lwowie oraz ukraińskiej gazety wydawanej w Polsce pt. Nasze Słowo – walczy o pamięć dla ukraińskich morderców Polaków, nazywając morderców ofiarami represji stalinowskich w Polsce, aresztowanych z powodów politycznych, narodowych czy wyznaniowych, skazanych na karę więzienia lub śmierci, straconych i zmarłych w więzieniach komunistycznych w latach 1944-1989.

Ubolewa, iż – według własnych ustaleń – w tym okresie na karę śmierci skazano co najmniej 650 Ukraińców.

W swoich jednostronnych wypocinach pisze:

„Większość z nich rozstrzelano lub powieszono. Kilkadziesiąt osób zostało zakatowanych w czasie śledztw lub zmarło w więzieniach w trakcie odbywania wyroków. Ponad 1000 osób, w tym kilkaset kobiet, skazano na kary więzienia. Dokładnych danych nie uda się, prawdopodobnie, już nigdy ustalić.

W okresie pierwszych dwóch latach powojennych (1945–1946) na karę śmierci skazano 99 Ukraińców, z czego 91 stracono. W 1947 r., do czasu rozpoczęcia Akcji „Wisła” (28 IV 1947), skazano kolejnych 31 osób. Wśród nich było 19 Ukraińców rozstrzelanych 10 maja 1947 r. na cmentarzu komunalnym w Przemyślu. Zarówno ich pospieszny proces, jak i zbiorowa egzekucja były zapowiedzią represji, jakie już niebawem miały uderzyć w społeczność ukraińską w Polsce”.

My, Polacy ubolewamy, że do wyroków tych nie zakwalifikowano genocidum atrox! My, Polacy ubolewamy nad tym, że część Ukraińców gloryfikuje kult zbrodniczych band UPA, nad tym, że zbrodniarzom buduje się pomniki, nad tym, iż ich ofiary nie mają do dziś godnego pochówku, leżąc w zasypanych wapnem studniach lub bezimiennych dołach, nad tym, że strona ukraińska blokuje ekshumacje naszych przodków, i w końcu nad tym, że polskojęzyczny rząd, przez dziesiąt lat nie zrobił nic w kwestii zmiany w polskim interesie narodowym.

Dzisiaj mamy narzucone moralne ustosunkowanie się do działań za naszą wschodnią granicą, mimo wszystko. Dla mnie, i dla wielu, których rodziny doświadczył czas II WŚ, jest czasem nie do pokonania wszelkich barier. Kto chce, niech pomaga, tylko ujmując powyższe, pomoc nie jest obowiązkiem, który wydobywa się presją wielu gardeł.

Ja nic nie muszę, ja ewentualnie mogę, a że znając historię to… mogę, ale nie czuję obowiązku, z tytułu większego patrzenia na własne podwórko!

Polacy zostali wystawieni na wiele prób, nie pomogły traktaty, nie pomogły umowy. Zostaliśmy wystawieni przez „sojuszników” i teraz właśnie powinniśmy wyciągać wnioski.

Ukraińska zbrodnia w nocy z 22 na 23 marca 1944 r. we wsi Tiutków

22/23 marca 1944 r. we wsi Tiutków pow. Trembowla podczas nocnego napadu Ukraińcy obrabowali i spalili 108 gospodarstw polskich oraz zamordowali co najmniej 22 Polaków. 22-letniego rannego Jana Kryszczyna związali drutem kolczastym i spalili żywcem; 18-letnią Józefę Gacek zakłuli nożami. Rzeź przerwały nadciągające wojska sowieckie (radzieckie).

Relacja Stanisławy Czarneckiej:

„W nocy z 22 na 23 marca 1944 roku Niemcy zaczęli uciekać, a wtenczas banderowcy napadli na naszą wioskę. Do pierwszej w nocy spalili osiemdziesiąt sześć numerów. Każdy dom oblewali benzyną i podpalali. A już ten, co był blisko drugiego, to się sam zapalił. I w ciągu tej nocy dwadzieścia dwie osoby zostały zabite. Była taka dziewczyna, co sobie spokojnie w domu siedziała, nikomu nic nie robiła, może trochę niepełnosprawna. Osiemnastu lat jeszcze nie miała. To ją też zabili. Kilka sztyletów dostała.

Bardzo to były ciężkie przeżycia. Mój sąsiad, dwadzieścia trzy lata miał, jedynak. Złapali go, przywiązali drutem kolczastym od jabłonki do jabłonki, a pod spodem była sterta ze słomą i tą słomę podpalili. I on spalił się, widziałam, bo to sąsiad, więc jak się nie popatrzeć? Matka jego nie pamiętała, co robiła nawet. Pokazywała nam jak poznała, że to jej syn. Miał zapalniczkę, która została, bo wszystko się spaliło. Ciało się spaliło, czarne jak węgiel, tylko zęby białe. Bardzo przykre przeżycia były. Tak nazbierało się dwadzieścia dwie osoby. Też taka jedna młoda mężatka z synkiem. Mieli dom nowo wybudowany z cegły, piękny.

/…/ Sosulska koleżanka moja uciekała z jednej wioski na drugą, tam miała teściów, bo ta druga wioska się jeszcze nie paliła. I tak, jak niosła chłopczyka dwuletniego, strzelili, to go zabili na miejscu. A Jasia Sosulskiego, młodszego o rok brata, niosła babcia w zawinięciu. Kula obok główki przeleciała i babci ucięła palec, ale dziecku się nic nie stało. Matka z zabitym dzieckiem została ranna. To było obok księdza ogrodu, jakiś banderowiec, taki z litością, rzucił ją na słomę. A potem inny przyszedł i ją wziął do pierwszych domów i tam jej opatrunek zrobili. To miała szczęście. A dziecko zabite zostawili w tej słomie. Nie zabrali dziecka z nią, bo już nie żyło, to już nie trzeba było.

To była ta noc z 22 na 23 marca. I zaraz rano Ruscy przyszli. To już banderowcy nie dokończyli palić dalszych numerów, bo mówili, że dokończą. Pouciekali. /…/ A jeszcze, jedna taka młoda kobietka, wysoka, jak moja siostra była. Powiesili ją na drogowskazie przy jej bramie prawie. Jeszcze żyła, to ją sztyletami. A chłopak przyszedł na urlop z wojska. Matka mówi, chociaż jeszcze troszkę poczekaj w domu, jak to matka, lituje się nad synem. Wzięła kostkę masła zrobiła, zaniosła do tych żołnierzy, przedłużyła mu urlop. A ci banderowcy przyszli w nocy i go przy niej powiesili na żurawiu od studni. To jeszcze matka dała masła, żeby syna powiesić. Bardzo było ciężkie życie. Szliśmy spać, to się wszystko chowało. Ubrania nawet do stajni pod żłób do krowy się zanosiło, owinięte w coś. Bo przychodzili w nocy i rabowali. Też i w dzień przychodzili, np. tę kobietę, że ją mówię, to w dzień, biały dzień. Ona była przy pracy, przy wialni, gdzie młóciła zboże. I oni od tej wialni ją wzięli i ją powiesili, a do rana już nic w domu nie było, wszystko było zabrane. Okropne rzeczy się działy. Raz taki Rogowski, na poczcie pracował, młody chłopak, przepadł w biały dzień”.

Ukraińska zbrodnia 21 marca 1945 r. w przysiółku Szpickiery

21 marca 1945 roku w przysiółku Szpickiery koło Smreka pow. Lesko, Ukraińcy z sotni „Wesełego” (Swistel Danyło) zamordowali 7 Polaków: dziadków oraz 5 wnucząt. Oprawcy małe ofiary nadziali na kołki w płocie…

W Szpickierach stały tylko dwa budynki mieszkalne, w tym leśniczówka nad potokiem Bystrym, zamieszkała przez leśniczego Ludwika Masłyka.

Relacja Mieczysława Halika, milicjanta, naocznego świadka krwawej zbrodni:

„Gdy wypadliśmy na skraj polanki, ujrzeliśmy jak jeden z bandytów dosłownie nabijał na jeden z kołków, na których normalnie na wsi wiesza się gliniane garnki, maleńką dziewczynkę. Czworo innych dzieci konało już w podobny sposób, a dwoje starców opiekujących się dziećmi leżało z roztrzaskanymi głowami. Dwoje dzieci nie miało jeszcze ukończonych dwóch lat. Dziewczynka, ostatnia wbita na kołek, była jeszcze przytomna i otwierała wykrzywioną bólem buźkę, jakby chciała o coś prosić, lecz tylko wielkie łzy strumykiem toczyły się po policzkach. W chwilę potem i ona straciła przytomność, główka opadła, a włoski zasłoniły umęczoną twarzyczkę”.

Ukraińcy odznaczali się niezwykłym – nawet jak na standardy II wojny światowej – okrucieństwem. Relacje świadków, zachowane dowody, ale także wnioski z ekshumacji ofiar jednoznacznie wskazują, iż ukraińskie bojówki stosowały wymyślne metody tortur urągające wszelkim standardom prowadzenia jakichkolwiek działań wojennych. Mordowanym Polakom ucinano kończyny, wydłubywano oczy, rozpruwano wnętrzności. Okrutni kaci nie przebierali w środkach, stosując terror na masową, niespotykaną dotychczas skalę.

„To bestie opętane przez diabła!”, „Ludzie tak nie postępują!”, „To nie była żadna wojna polsko-ukraińska, żadne bratobójcze walki. To było ludobójstwo, brutalna eksterminacja dzieci, kobiet, starców. Wszystkich! – tak o straszliwym ukraińskim ludobójstwie na Polakach, wypowiada się spore grono świadków i kronikarzy tamtych wydarzeń.

Jerzy Chmielewski, rocznik 1924, przed wojną mieszkaniec Lubelszczyzny. W czasie wojny członek oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych. Jego zgrupowanie, dowodzone przez kapitana Wacława Piotrowskiego ps. „Cichy”, walczyło na wschodnich ziemiach Polski.

W jednym z wywiadów zapytany czy czuje nienawiść, odpowiedział:

„Panie, jak mogę jej nie czuć? Dzieci takie półtora roku wziąć na sztachety i na nie nabić? Jak Pan by coś takiego widział, to też Pan by z zemsty mordował. Też Pan by nienawidził.

(…) Wzywali nas Polacy, bo Ukraińcy strasznie mordowali. Pojechaliśmy z oddziałem. Co my tam widzieliśmy… Polskiego chłopaka piłą przerżnęli na pół. Położyli go na stojak i tak zabili. Ludzie wychodzili z kościoła, a Ukraińcy do nich strzelali. Zabijali na miejscu. Myśmy tam pojechali i też się trochę na nich zemściliśmy. Aby wiedzieli, że my też potrafimy się bronić”.

Zofia Szwal, mieszkanka polskiej miejscowości Orzeszyna, ocalona z „rzezi wołyńskiej”, dziś mówi w wywiadach:

„Pojechałam tam dopiero po 23 latach od rzezi. Spotkałam się wtedy z Ukraińcami, których znałam z dzieciństwa – tymi, którzy w 1943 r. byli już dorośli i tymi, którzy przez te dwadzieścia lat dorośli. Kiedy mnie zobaczyli, to zaczęli płakać. Mówili, że przyszłam do nich z tamtego świata. To była tak szczegółowo zaplanowana akcja, że wydawało im się niemożliwe, że ja to przeżyłam. To spotkanie było wstrząsem i dla nich, i dla mnie. Pytałam ich: za co mordowaliście? Co ci ludzie wam zrobili? Odpowiadali: takie były czasy. A przecież czasami nie można tłumaczyć takiej zbrodni. Przecież ci ludzie nie byli niczemu winni. Narodowość nie może być powodem zabijania, zabijania dzieci, jeszcze w taki sposób.

W tej chwili na Ukrainie mówi się, że Polacy się bronili, że to była wojna. Ale przecież nie było żadnej obrony, bo kto niby miał się bronić? Matka z dziećmi, kiedy widziała jak wrzucają je do dołów? Nie można takiego strasznego morderstwa tłumaczyć chęcią walki o wolną Ukrainę. Bo to nie była walka, tylko ludobójstwo, i to straszne. A teraz jeszcze zrzuca się winę na ofiary. Jeśli dzisiaj na Ukrainie Banderze stawia się pomniki, to nie jest to droga do pojednania.

Jeśli dzisiaj Ukrainiec prosi mnie o przebaczenie i mówi, że sam też mi wybacza, to ja się zastanawiam: ale co? Co ty mi przebaczasz? Ja mu mam przebaczyć, że wymordowano mi 16 osób z najbliższej rodziny, a on mi ma przebaczyć to, że przeżyłam?”.

Ukraińska zbrodnia 20 marca 1943 r. w miasteczku Deraźne

20 marca 1943 r. w miasteczku Deraźne pow. Kostopol, Ukraińcy zamordowali kilka polskich rodzin, około 45 Polaków, w tym 13-osobową rodzinę Wołoszynów (rodziców i ich 11 dzieci).

Uczestnicy pogromu, wśród których byli także cywile, oprócz zabójstw dopuszczali się również grabieży polskiego mienia. Po tej masakrze do Deraźnego przybyli Polacy z Pieńków i Pendyków pomagając urządzić pogrzeb pomordowanym. Ofiary w pośpiechu chowano bez trumien, w prześcieradłach. W Deraźnem pozostali pojedynczy Polacy, których później systematycznie zabijano.

Relacja świadka Romualda Drohomireckiego, wówczas 13-letniego chłopca:

„Tej nocy wymordowano prawie wszystkich Polaków w Deraźnem i okolicy. Rano wyrwałem się z domu i pobiegłem na pocztę do mojego kolegi Fredka Kaczyńskiego. To, co tam zobaczyłem, było przerażające: Przy wejściu na progu leżała pani Kaczyńska z przerąbaną na pół głową. W kuchni leżał Fredek, też z roztrzaskaną głową, cały we krwi, ale miał otwarte oczy. Na łóżku w kuchni leżała babcia z rozrąbaną głową. Zastrzelony pan Kaczyński leżał przewieszony przez parapet, przy otwartym oknie. W pokoju przy ścianie, w pozycji na wpół leżącej, zobaczyłem Danusię, siostrę Fredka, tylko w samej porwanej koszuli, z rozciętym brzuchem, od piersi w dół, tak mocno, że aż było widać jelita. Nogi miała dziwnie powykręcane. Wydawała jeszcze chrapliwe jęki – musiała długo męczyć się, zanim skonała. Wtedy pewnych rzeczy nie rozumiałem, dziś przypuszczam, że przed zamordowaniem mogła być gwałcona, a dopiero potem bestialsko zamordowana. Na podłodze i ścianach wszędzie krew, cały dom unurzany we krwi. Stałem zdrętwiały ze strachu i trzęsący się z przerażenia. Bałem się czegokolwiek dotknąć. Nawet nie wiedziałem, jak wyjść z tego domu. Po chwili przyszły Ukrainki. Jedne lamentowały, inne rabowały. Nawet na podwórku wyłapywały drób, który z wrzaskiem uciekał na wszystkie strony. Przybiegła też jakaś polska dziewczynka, pewnie koleżanka Danusi. Też bardzo płakała i trzęsła się ze strachu. Wreszcie, jakimś odruchem wyrwałem się z tego horroru i jak ogłupiały płacząc, pobiegłem do swojego domu. Pojawił się u nas ksiądz. Byłem tak przerażony, że nie mogłem wydobyć z siebie słowa i ciągle płakałem. A oni wciąż mnie pytali, co tam widziałem. Gdy w końcu opowiedziałem, mama z księdzem nie mogli uwierzyć i natychmiast poszli zobaczyć to na własne oczy. Gdy wrócili, mama strasznie płakała, a ksiądz powiedział, że trzeba zorganizować pogrzeby. Otworzył kościół i wkrótce zaczęli schodzić się pozostali przy życiu Polacy z miasta i okolic, a także niektórzy Ukraińcy. Zaczęto zwozić furmankami w pobliże kościoła zmasakrowane zwłoki pomordowanych Polaków. Zastygłe w okropnych mękach ciała osób dorosłych i dzieci wydawały się jakby jakimiś rzeźbami z piekielnego horroru. Zesztywniałe w tragicznych pozach, nie chciały się mieścić w drewnianych skrzyniach zbitych w pośpiechu. Prawie wszystkie dzieci miały roztrzaskane główki oraz połamane rączki i nóżki. Wiele dziewcząt i młodych kobiet miało rozcięte brzuchy. Okrywano je prześcieradłami, które szybko nabierały czerwonej barwy. Po krótkiej modlitwie ksiądz polecił jak najszybciej przewieźć ciała ofiar na pobliski cmentarz, aby je pochować. Dziś trudno powiedzieć, ilu było pomordowanych. Leżeli w wielu rzędach po kilkanaście osób. Myślę, że było tam około 70 czy 80 ciał. Na cmentarzu wykopano dwa ogromne doły przy samym płocie, po lewej stronie cmentarza, i w pośpiechu dokonano zbiorowego pochówku”.

Ukraińska zbrodnia 20 marca 1946 r. w Jasielu

20 marca 1946r. Oddział Ukraińców z UPA dokonał mordu na 60 żołnierzach WOP i 4 milicjantów w Jasielu (powiat krośnieński) (wg innego źródła zamordowano 66 żołnierzy i 5 milicjantów).

Po zakończeniu II wojny światowej we wsi Jasiel istniała strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza, której załoga wobec przeważających sił Ukraińskiej Powstańczej Armii podjęła nieudaną próbę ewakuacji w kierunku Komańczy. 19 marca 1946 grupa WOP i MO w sile około 70 żołnierzy dotarła do strażnicy WOP w Jasielu, w celu ewakuowania jej 30-osobowej załogi. W związku z działalnością w rejonie odpowiedzialności strażnicy dużych oddziałów UPA, 20 marca 1946 roku grupa operacyjna 38 komendy odcinka i załoga strażnicy Jasiel licząca w sumie 98 żołnierzy, opuściły rejon zakwaterowania we wsi Jasiel pod dowództwem por. Jana Gierasika. Zostały wtedy zaatakowane i rozbite przez sotnie UPA. W walce zginęło dwóch żołnierzy, kilkunastu zostało rannych, jeden oficer i dwóch żołnierzy przedostało się za granicę do Czechosłowacji. Pozostali, w liczbie 94 żołnierzy (w tym sześciu oficerów i czterech milicjantów), po wyczerpaniu się zapasów amunicji, zostali wzięci do niewoli. Oficerowie i milicjanci zostali przez Ukraińców od razu rozstrzelani, a pozostałych żołnierzy poddano weryfikacji, wybierając aktywnych w walce z UPA .

Egzekucja oficerów miała miejsce w rejonie leśniczówki koło wsi Moszczaniec, a podoficerów i szeregowców na wzgórzu koło Wisłoka Górnego. Dwudziestu żołnierzy puszczono wolno. W czasie egzekucji rzucił się do ucieczki i mimo pościgu zbiegł szer. Paweł Sudnik, który później relacjonował: „Wszystkim kazali się położyć twarzą do śniegu. Kilku banderowców przystąpiło do zdzierania z nas mundurów. Pierwszego żołnierza wtrącili na dno wykopu i któryś z nich strzałem w tył głowy pozbawił go życia. Potem mnie pchnęli na krawędź wykopu”. Z pola walki uratowali się również ppor. Marian Myślicki, sierż. Warat i szer. Kowalenko. Ukryli się w stodole i w nocy przeszli na stronę Czechosłowacji. Pozostałych żołnierzy odarto z mundurów, pobito i puszczono wolno. Pod Jasielem zginęli: por. Jan Giersik, por. Bolesław Arabski, por. Władysław Szewczykowski, por. Jerzy Giernatowski oraz chor. Stanisław Gąsek i chor. Władysław Papierzański.

Akcją napadu i egzekucji przeprowadziły wspólnie sotnie UPA dowodzone przez Stepana Stebelskiego ps. „Chrin” i Wołodymyra Hoszki ps. „Myron”.

Poległych i rannych Ukraińcy wrzucili do lochu (ziemianki) i zasypali ziemią. Ich ciała odkryto w czerwcu 1946. Po ekshumacji ciała 37 ofiar zostały pochowane w zbiorowym pogrzebie na cmentarzu w Zagórzu 20 czerwca 1946. Ciała pozostałych ofiar nie zostały odnalezione.

Ukraińska zbrodnia 19 marca 1943 r. we wsi Romejki

19 marca 1943 roku we wsi Romejki pow. Sarny Ukraińcy ujęli 45-letniego Antoniego Zielińskiego z kol. Perespa, wycięli mu język, wyłupali oczy, wyłamali ręce i nogi i obwiązawszy głowę płaszczem rozpalili na brzuchu ognisko, ze spalonego ciała pozostała tylko głowa i nogi.

Siemaszko Władysław, Siemaszko Ewa: „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945”. Warszawa 2000.

Ukraińska zbrodnia 18 i 19 marca 1943 r. w miasteczku Mielnica

18 i 19 marca 1943 r. w miasteczku Mielnica pow. Kowel podczas pacyfikacji policja ukraińska zamordowała 17 Polaków, przedstawicieli miejscowej inteligencji, w tym nauczycieli, lekarzy oraz proboszcza ks. Wacława Majewskiego.

Osoby wyciągano z domów wczesnym rankiem, wiązano ręce drutem kolczastym, pędzono w kierunku Wielicka i w lesie mordowano.

Ks. Edmund Domański:

„Gdy w Mielnicy 19 III 1943 r. został zamordowany ksiądz, ksiądz biskup wydał polecenie księdzu Henrykowi Grabowskiemu, sąsiadowi z Powurska, by uchronić tam od profanacji Najświętszy Sakrament. Ksiądz Grabowski prosił mnie, bym razem z nim pojechał do Mielnicy. Pojechaliśmy na początku kwietnia 1943 r. W Mielnicy plebania była ogołocona, na podłodze rozrzucone książki, w kuchni kury z odciętymi głowami. O świcie, w dniu odpustu 19 III 1943 bowiem zabrano księdza, gospodynię, aptekarza z żoną i dziećmi. Opodal wszystkich zamordowano. /…/ Po powrocie do siebie, dowiedziałem się, że dwa dni po naszym odjeździe wymordowano wszystkich parafian Mielnicy”.

Prezes Stowarzyszenia Kresy Pamięć i Przyszłość, Krzysztof Krzywiński relacjonuje:

„Stowarzyszenie Kresy Pamięć i Przyszłość z siedzibą w Chełmie podaje do wiadomości, że w wyniku akcji poszukiwawczej przez członków naszego stowarzyszenia odnalezione zostało miejsce ostatecznego spoczynku zamordowanego w marcu 1943 roku księdza parafii Mielnica pow. Kowel, woj. wołyńskiego Wacława Majewskiego wraz z kilkunastoma mieszkańcami tej miejscowości. Mamy zgodę na upamiętnienie miejsca spoczynku. Mając na uwadze bardzo przykre doświadczenia z Radą Ochrony Walk Pamięci i Męczeństwa, podczas ekshumacji poległych żołnierzy AK na Wołyniu w 2011 roku, oraz braku reakcji Pana Kunerta na pismo dot. uroczystego pochówku w/w w 2012 r. – Instytucja ta zostanie jedynie powiadomione o fakcie. Stronę upamiętnienia miejsca jak również uroczystości decyzją Zarządu Stowarzyszenia przejmie na siebie nasza organizacja”.

Zaraz po tej zbrodni w kol. Wielick w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zamordowanych zostało 11 polskich rodzin oraz 17 Polaków z Mielnicy.

Kolejny krwawy rajd Ukraińców i Niemców po wioskach powiatu kowelskiego zatrzymał się w kol. Nowa Dąbrowa, gdzie policjanci ukraińscy zamordowali co najmniej 11 Polaków, w tym nauczycielkę i 2 całe rodziny.

Hilaria Głowacka:

„Kiedy nadszedł mój czas szkoły, pamiętam że była w domu nauczycielka, Stanisława Musiałówna, która uczyła czytania i pisania oraz niemieckiego i pisania gotykiem. Nauczycielka ta wraz z mamy stryjem Józefem Rolką i jego rodziną została zamordowana przez Ukraińców 18.3.1943r w Nowej Dąbrowie.

(…) Jak zaczęły się rzezie, w niedługim czasie mama wywiozła nas do rodziny do Kowla ( nie pamiętam do kogo, ale zdaje się , że do ciotki Marii Wojtowiczowej). Brat Remigiusz wstąpił do partyzantki ( też był w 27DWP AK ps. Żuraw), a ojca zabrano do wojska . Niestety nie wiem, w jakich okolicznościach.

W Kowlu przeżyliśmy okres największego oblężenia . Innymi słowy umknęliśmy spod siekier Ukraińców, pod bomby niemieckie. Pamiętam jak uciekaliśmy z jednego końca miasta w drugi niby żeby uniknąć bombardowania. Podczas jednej z takich ucieczek gdzie nad głowami przelatywały wrogie samoloty zrzucając bomby – zgubiłam but. Potem mama znalazła gdzieś jakiś but i tak chodziłam w różnych butach”.

We wsi Brzuchowicze pow. Kowel policjanci ukraińscy zamordowali polską rodzinę kierownika szkoły.

W kol. Byteń pow. Kowel w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zabitych zostało około 46 Polaków.

W kol. Chobut pow. Kowel w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zabitych zostało co najmniej 8 Polaków. Na cmentarzach we wsiach Chobut i Hołoby znajdują się mogiły około 45 ofiar pacyfikacji wsi Byteń i Chobut.

W kol. Dembówka pow. Kowel Ukraińcy zamordowali braci Adama i Jana Rydzanków.

We wsi Duży Porsk pow. Kowel w pacyfikacji ukraińsko-niemieckiej zabitych zostało kilka polskich rodzin, imiennie znane jest 11 ofiar.

W majątkach Gończy Bród pow. Kowel policjanci ukraińscy zamordowali 14 Polaków i 1 Rosjanina, w tym 2 rodziny właścicieli.

W dniach 18 i 19 marca 1943 r. w dworach, wioskach i osadach gminy Hołoby, pow. kowelskiego żandarmeria niemiecka z Kowla wraz z policją ukraińską przeprowadziła „czystkę” wśród Polaków mordując 206 osób, w tym dzieci i kobiety.

Ukraińska zbrodnia 18 marca 1945 r. we wsi Dragonówka – Ukraińcy mordowali i gwałcili dzieci

18 marca 1945 roku we wsi Dragonówka pow. Tarnopol dwaj Ukraińcy przebrani w mundury NKWD zamordowali 7 Polaków z 2 rodzin Domarackich tj. 2 matki i 5 dzieci, w tym: małe dziecko utopili w cebrzyku z pomyjami oraz uprowadzili 14-letnią córkę. „Przetrzymywali ją w piwnicy w Podhorcach. Dziewczynka była bita i gwałcona. Zmarła”.